Żywe torpedy i polscy kamikadze? Historia patriotów czy szaleńców?

Polscy kamikadze czyli „żywe torpedy” w 1939 roku – patrioci czy szaleńcy?

Kamikadze w Japonii nie byli pierwszymi, którzy chcieli wykonywać samobójcze misje bojowe za ojczyznę. W 1939 roku Polacy tysiącami zgłaszali się na ochotników, by zginąć jako „żywe torpedy”. Kim byli polscy kamikadze i czy mieli wpływ na historię II wojny światowej? Czy w ogóle istnieli?

Kamikadze w Japonii to już nie tylko historia II wojny światowej, ale też element popkultury. Tymczasem w Polsce ochotników gotowych na śmierć za ojczyznę nie brakowało już w 1939 roku. Co prawda nie zachowało się wielem dokumentów na ten temat, ale niektóre źródła podają, że Polska chciała wykorzystać „żywe torpedy”, czyli torpedy sterowane przed ludzi. Czy polscy kamikadze istnieli i czy wykonali jakieś misje bojowe?

Polscy kamikadze i „żywe torpedy” w 1939 roku

Liczne źródła potwierdzają, że Polska prowadziła rekrutację polskich kamikadze. Pierwszy do misji samobójczej zgłosił się w 1937 roku mat rezerwy Stanisław Chojecki. W liście do marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego zgłosił gotowość do wykonania misji jako „żywa torpeda”, gdyby wybuchła II wojna światowa. Wkrótce pojawili się kolejni ochotnicy, a na łamach „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” 29 kwietnia 1939 roku wydrukowano list trzech młodych mężczyzn: Władysława Bożyczki oraz Edwarda i Leona Lutostańskich. Zachęcali oni Polaków, by służyli jako „żywe torpedy”. W sumie w 1939 roku do misji samobójczych miało zgłosić się 5000 Polaków, głównie w wieku 18-28 lat.

W 1939 roku gazeciarze mają ręce pełne roboty. „Ilustrowany Kurier Codzienny” – dziennik z największym nakładem – krzyczy czerwono-czarnym nagłówkiem „Żywe torpedy w Polsce” – pisze Newsweek.

Otóż ja i moi dwaj szwagrowie – piszą warszawiacy z ulicy Poprzecznej – wzywamy wszystkich Polaków, co chcą niezwłocznie oddać życie za Ojczyznę, jednak nie w szeregach armii razem ze wszystkimi, lecz w charakterze żywych torped z łodzi podwodnych, żywych bomb z samolotów, w charakterze żywych min przeciwpancernych i przeciwczołgowych – czytamy w liście Bożyczki i Lutostańskich.

Co kierowało ochotnikami? Kazimierz Małek, cioteczny dziadek Macieja Koterby, studenta z Łodzi wyjaśnił, że „tak powinien postąpić prawdziwy polski patriota”. Nie mamy naszej Linii Maginota, stwórzmy ją z naszych ciał – pisał jeden z ochotników do Rydza-Śmigłego. W liście Bożyczki i Lutostańskich czytamy, że Polska nie miała wielu torped, bomb i min, a akcje bojowe kosztują życie wielu żołnierzy, więc lepiej jeśli jeden człowiek dla oszczędności odda życie jako żywy pocisk.

Zgłaszały się też kobiety. Było ich 150. Przykładem jest Zenobia Żurawska. Nie została jednak nigdy wezwana do misji, więc zajęła się śledzeniem konfidentów i przejmowaniem broni z transportów. Brała udział w wielu akcjach jako sanitariuszka.

Armia, która wcześniej nie planowała wykorzystania ochotników samobójców, zaczęła zbierać ich zgłoszenia. Marynarka Wojenna wybrała 89 osób, które zaproszono na spotkanie w Gdyni. – Dziadek mówił, że oficer pokazywał im rysunki i plany łodzi z podwieszoną torpedą, mówił o 16 gotowych prototypach takiej broni oraz poinformował, że pilot może się z niej uratować opuszczając pojazd tuż przed uderzeniem w cel – wspomina student. W październiku 1939 roku ochotnicy mieli przejść szkolenie z obsługi i nawigacji torped – pisze Polska Zbrojna.

Dr Jan Chmielewski, historyk okresu II wojny światowej, zwraca uwagę, że choć polska marynarka miała projekty i plany wykorzystania polskich kamikadze, ochotników nie brakowało, to żadna misja samobójcza nie została nigdy przeprowadzona. Niektóre źródła podają, że „żywe torpedy” i polscy kamikadze to była dezinformacja, mająca siać postrach wśród Niemców.

Wiadomo również w Sztabie Głównym Wojska Polskiego stworzono specjalny referat, który wytypował 250 osób spośród ochotników samobójców. Zostali oddelegowani do ryzykownych akcji dywersyjnych na niemieckich tyłach. Na bazie tych „śmiałków”, utworzono m.in. specjalny batalion („batalion śmierci”) w sanockim 2 Pułku Strzelców Podhalańskich. Rozbijali m.in. kolumny samochodów w okolicach Bogumina. W oblężonej Warszawie niedoszli kamikadze przerywali łączność Niemcom. Niestety, w trakcie II wojny światowej lista „żywych torped” trafiła w ręce Niemców i Rosjan, co miało dla wielu z nich tragiczne konsekwencje, także po zakończeniu wojny.

Żywe torpedy stosowano z powodzeniem w innych krajach. W 1918 roku żołnierze-samobójcy zatopili w ten sposób austro-węgierski pancernik „Viribus Unitis”. W 1941 roku nowsza wersja ich torpedy zniszczyła brytyjski pancernik „Queen Elizabeth”. 

Edward Lutostański został w 1950 roku skazany przez władze PRL-u na karę śmierci. Zamieniono ją potem na 12 lat więzienia. Jednak zapewniał, że nigdy nie żałował swojej decyzji sprzed lat. Podobnie jak nieżyjący już dziadek Maćka. – Kiedy spytałem go, czy dziś zrobiłby to samo, potwierdził bez zastanowienia – mówi Koterba. (Polska Zbrojna)

Źródła: Polska Zbrojna, Historia Bez Cenzury, Wirtualna Polska, Newsweek, Elżbieta Szumiec Zielińska „Żywe torpedy 1939”

Źródło zdjęcia: